niedziela, 19 sierpnia 2012
Niezrealizowane 3.
- Ostrożnie - wyszeptała Carrie i delikatnie podała chłopakowi małą, burą kuleczkę. Dopiero co wróciła do ich mieszkanka na ósmym piętrze, była calusieńka mokra. Schody zrobiły swoje, nikt podczas budowy nowego bloku nie pomyślał, żeby zainwestować w windę. Teraz nie wiedziała już, czy oblewał ją pot, czy są to jeszcze pozostałości po ulewie, przez którą musiała przejść. Ponura jesień nie dawała o sobie zapomnieć, a ona jak zwykle nie wzięła parasolki. Z włosów spływały krople, spadały na brązowe panele. W pokoju było niezwykle zimno, byli studentami, w dodatku dość biednymi studentami i za wszelką cenę chcieli oszczędzać. Co wcale nie kolidowało z kupnem małego kotka, przynajmniej tak myślała Carrie.
Niestety, nie zobaczyła w oczach Richarda ani jednej iskierki szczęścia, czy miłości. Raczej zdezorientowanie, bynajmniej nie był zadowolony.
- Co to jest? - spytał i w komiczny sposób przekrzywił głowę, żeby bardziej przyjrzeć się stworzonku. Wygląda tak zabawnie, pomyślała.
- Nie widzisz? - uśmiechnęła się od ucha do ucha i odgarnęła z twarzy mokre strąki włosów. - Kot!
- Ale... Przecież nie rozmawialiśmy na ten temat, nie planowaliśmy żadnych zwierząt domowych. Chyba nas nie stać na utrzymywanie kota, zapomniałaś?
Wcale nie wyglądał na szczęśliwego, w przeciwieństwie do Carrie. Dla niej było to spełnienie marzeń, zawsze kochała te zwierzęta. Uwielbiała ich delikatną sierść, ciche mruczenie o poranku.
- Nie zmuszam cię do wydawania pieniędzy na puszki z karmą, ja mogę płacić.
Teraz naprawdę wydawał się zły. Oddał jej zwierzątko i zaczął nerwowo dreptać po niewielkim salonie. Dopiero teraz Carrie zauważyła, jak bardzo brudna jest podłoga. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś robił porządki. Nigdy nie było na to czasu, ostatnio przestali mieć czas na cokolwiek. Zwłaszcza na siebie.
- Tu nie chodzi o to. Dziewczyno, a jak myślić, za co kupisz jedzenie dla siebie? Nie stać cię na kota, dobrzenwiesz.
Te słowa trafiły aż za bardzo w sam środek serca drobnej dziewczyny. Nigdy nie było na nic pieniędzy. A ona miała już tego dość.
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Niezrealizowane 2.
Siedział po turecku nad świeżo zakopaną trumną i płakał. Tego dnia burza rozpętała się w najlepsze, choć kilka dni temu miejscowi zbywali nadchodzące bure chmury słowami 'Przejdzie bokiem'. Nie przeszło bokiem, ale cóż się dziwić? Jest sierpień, a po upalnych dniach często przychodzi wytchnienie, przychodzi deszcz. Ulewa przyniosła wytchnienie także i chłopcu, teraz nikt nie widział, że płakał. Łzy zlewały się z kroplami opadającymi z chmur na jego twarz. Ciche łkanie było jedyną oznaką słabości, na którą mógł sobie pozwolić. Nagle gwałtownie odwrócił się i z wściekłością kopnął jeden z wielu kamieni, leżących w alejkach starego cmentarza. Z gardła Jaśka wydarł się donośny krzyk, pełen bólu i rozpaczy. Rozejrzał się wokół, lecz w zasięu jego wzroku nie pojawiła się ani jedna żywa dusza. Żywa? Owszem, żywa nie, ale mógł obudzić wiele innych dusz, potencjalnie martwych. Wraz z zakończeniem pogrzebu wszycy odeszli, nawet jego żona, Maja.
- Moja córeczka - wyszeptał cicho i ponownie usiadł na ziemii. Podwinął nogi, ukrył głowę między kolanami i znów cicho zaszlochał. Brakowało mu pieniędzy, miał na utrzymaniu już dwójkę dzieci, lecz nigdy nie pomyślał, że Laura (bo tak miała się nazywać) mogłaby być dla rodziny ciężarem. Nie planował ani jednego dziecka, przecież był jeszcze taki młody. Nie przypuszczał też, że jego pociechy przyniosą mu tyle szczęścia. Damian jako ojciec spisywał się świetnie, kochał swoich synów jak tylko najmocniej potrafił. Nigdy nie pozwolił na to, by były głodne, nawet jeśli oznaczało to swojej własnej porcji.
- Moja córeczka - wyszeptał cicho i ponownie usiadł na ziemii. Podwinął nogi, ukrył głowę między kolanami i znów cicho zaszlochał. Brakowało mu pieniędzy, miał na utrzymaniu już dwójkę dzieci, lecz nigdy nie pomyślał, że Laura (bo tak miała się nazywać) mogłaby być dla rodziny ciężarem. Nie planował ani jednego dziecka, przecież był jeszcze taki młody. Nie przypuszczał też, że jego pociechy przyniosą mu tyle szczęścia. Damian jako ojciec spisywał się świetnie, kochał swoich synów jak tylko najmocniej potrafił. Nigdy nie pozwolił na to, by były głodne, nawet jeśli oznaczało to swojej własnej porcji.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Niezrealizowane 1.
Młoda dziewczyna zerwała się z łóżka i energicznie rozsunęła
zasłony. Pięknego, błękitnego nieba nie
przysłaniała ani jedna chmurka. Nadchodził pierwszy jasny dzień po kilku
tygodniach oczekiwania. W końcu wszystko miało się układać po jej myśli. Nawet
pogoda zwiastowała zmiany, śnieg powoli topił się, krokusy pomału wychylały
swoje czubki znad białej zasłony. Panna otwarła okno i głęboko wdychała świeże powietrze, napawała
się zapachem wiosny. Natura w mgnieniu oka ożyła, jeszcze kilka dni temu nie
było słychać ani jednego śpiewającego ptaka, a dzisiaj… Nie była wstanie
przyporządkować poszczególnego pisku ptakowi, panowała niezwykła wrzawa. Ach,
jak wspaniale było jej oglądać wielkie powitanie wiosny. Jednakże na dworze
nadal było zimno, a ona nie była ubrana zbyt ciepło. Po chwili poczuła, że jej
ręce stały się zimne, a na nogach pojawiła się gęsia skórka. Podeszła do łóżka
i zanurzyła się w jeszcze ciepłej pościeli, wyglądając przez okno. Była
szczęśliwa. Tak, w końcu mogła to powiedzieć. Bez żadnego ‘ale’, bez żadnych
przeciwwskazań. Delikatnie przymknęła oczy, nadal potrzebowała snu, choć
dzisiejszej nocy nie budziła się w nocy, nie miała koszmarów. Kiedy już była
jedną nogą w krainie Morfeusza gwałtownie wyrwał ją ze snu hałaśliwy dzwonek .
Gospodyni dzwoniła dzwoneczkiem w kuchni na znak, że śniadanie już podane, czas
wstawać. Dziewczyna leniwie odsunęła kołdrę na bok i zeszła na dół.
- Dzień dobry! – przywitała się z Cecylią i energicznie
usiadła na swoim miejscu przy stole w jadalni. Była sama, wszyscy inni
domownicy zajmowali się swoimi sprawami, albo pracowali, albo uczyli się. Ona
jako jedyna tego dnia miała wolne i mogła spać ile tylko jej się podobało.
- Cóż panienka taka szczęśliwa, co? – Kobieta uśmiechnęła
się miło, w takich chwilach jeszcze bardziej przypominała pączka. Była okrągła,
kusiła uśmiechem i słodyczą.
- Bo wiosna, pani ciociu! I w naturze wiosna, i w sercach
wiosna! – wykrzyknęła panna dziarsko i nałożyła na swój talerz parującą jeszcze
jajecznicę, kilka plastrów szynki i trzy kromki świeżego chleba. Wraz z dobrym humorem
wrócił do niej także apetyt. Była niesamowicie głodna, mimo że poprzedniego
dnia na kolację zjadła niemało.
- A cóż to za wiosna w sercach, co? – Cecylia popatrzyła na
nią podejrzliwi znad zlewu. Adela jeszcze nie skończyła jeść, a ta już po niej
sprzątała. Czasem bywało to mocno irytujące, ta kobieta nie potrafiła stać
bezczynnie.
- Na razie chyba nie mogę tego zdradzić. Lepiej nie mówić,
żeby nie zapeszyć, wie pani ciocia, jak to jest - zachichotała cicho i zabrała
się do jedzenia, a gosposia tylko uśmiechnęła się delikatnie i wróciła do
swojej pracy.
***
Adela siedziała na
ławeczce w parku, postukując nerwowo czubkiem parasola o twardą ziemię. Co
chwilę spoglądała na zegarek. Bardzo nie lubiła czekać na innych, irytowało ją
spóźnialstwo. Było aż pięć minut po czasie, gdzież on się podziewał?
A jednak. W oddali usłyszała stukanie. Stuk, stuk, ktoś
biegł w jej stronę, był już coraz bliżej. Serce podskoczyło jej do gardła, to
on. Widziała brązową rozmazaną plamkę, która z każdą chwilą powiększała się i
nabierała pomalutku kształtów. Zamknęła oczy. Raz, dwa, trzy… Czterdzieści
pięć…
- Adela! – poczuła jego wargi na policzku. Czterdzieści siedem. Poczuła, że się
uśmiecha i otwarła oczy.
- No w końcu -
popatrzyła na niego. Mogła to robić całe życie, badać każdy element, wyłapywać
najmniejsze szczegóły, skanować wszystko w pamięci i zapisywać – na samotne
wieczory. Uwielbiała tonąć w niebieskich oczach i zatapiać dłonie w jego brązowych
włosach.
- Przepraszam, starałem się być jak najszybciej. To dla
Ciebie – wyciągnął zza pleców małą, czerwoną różyczkę. Dziewczyna przyjęła
prezent, jej uśmiech jeszcze się poszerzył. Jej szczęście powiększyło się
stukrotnie.
-
Subskrybuj:
Posty (Atom)