Młoda dziewczyna zerwała się z łóżka i energicznie rozsunęła
zasłony. Pięknego, błękitnego nieba nie
przysłaniała ani jedna chmurka. Nadchodził pierwszy jasny dzień po kilku
tygodniach oczekiwania. W końcu wszystko miało się układać po jej myśli. Nawet
pogoda zwiastowała zmiany, śnieg powoli topił się, krokusy pomału wychylały
swoje czubki znad białej zasłony. Panna otwarła okno i głęboko wdychała świeże powietrze, napawała
się zapachem wiosny. Natura w mgnieniu oka ożyła, jeszcze kilka dni temu nie
było słychać ani jednego śpiewającego ptaka, a dzisiaj… Nie była wstanie
przyporządkować poszczególnego pisku ptakowi, panowała niezwykła wrzawa. Ach,
jak wspaniale było jej oglądać wielkie powitanie wiosny. Jednakże na dworze
nadal było zimno, a ona nie była ubrana zbyt ciepło. Po chwili poczuła, że jej
ręce stały się zimne, a na nogach pojawiła się gęsia skórka. Podeszła do łóżka
i zanurzyła się w jeszcze ciepłej pościeli, wyglądając przez okno. Była
szczęśliwa. Tak, w końcu mogła to powiedzieć. Bez żadnego ‘ale’, bez żadnych
przeciwwskazań. Delikatnie przymknęła oczy, nadal potrzebowała snu, choć
dzisiejszej nocy nie budziła się w nocy, nie miała koszmarów. Kiedy już była
jedną nogą w krainie Morfeusza gwałtownie wyrwał ją ze snu hałaśliwy dzwonek .
Gospodyni dzwoniła dzwoneczkiem w kuchni na znak, że śniadanie już podane, czas
wstawać. Dziewczyna leniwie odsunęła kołdrę na bok i zeszła na dół.
- Dzień dobry! – przywitała się z Cecylią i energicznie
usiadła na swoim miejscu przy stole w jadalni. Była sama, wszyscy inni
domownicy zajmowali się swoimi sprawami, albo pracowali, albo uczyli się. Ona
jako jedyna tego dnia miała wolne i mogła spać ile tylko jej się podobało.
- Cóż panienka taka szczęśliwa, co? – Kobieta uśmiechnęła
się miło, w takich chwilach jeszcze bardziej przypominała pączka. Była okrągła,
kusiła uśmiechem i słodyczą.
- Bo wiosna, pani ciociu! I w naturze wiosna, i w sercach
wiosna! – wykrzyknęła panna dziarsko i nałożyła na swój talerz parującą jeszcze
jajecznicę, kilka plastrów szynki i trzy kromki świeżego chleba. Wraz z dobrym humorem
wrócił do niej także apetyt. Była niesamowicie głodna, mimo że poprzedniego
dnia na kolację zjadła niemało.
- A cóż to za wiosna w sercach, co? – Cecylia popatrzyła na
nią podejrzliwi znad zlewu. Adela jeszcze nie skończyła jeść, a ta już po niej
sprzątała. Czasem bywało to mocno irytujące, ta kobieta nie potrafiła stać
bezczynnie.
- Na razie chyba nie mogę tego zdradzić. Lepiej nie mówić,
żeby nie zapeszyć, wie pani ciocia, jak to jest - zachichotała cicho i zabrała
się do jedzenia, a gosposia tylko uśmiechnęła się delikatnie i wróciła do
swojej pracy.
***
Adela siedziała na
ławeczce w parku, postukując nerwowo czubkiem parasola o twardą ziemię. Co
chwilę spoglądała na zegarek. Bardzo nie lubiła czekać na innych, irytowało ją
spóźnialstwo. Było aż pięć minut po czasie, gdzież on się podziewał?
A jednak. W oddali usłyszała stukanie. Stuk, stuk, ktoś
biegł w jej stronę, był już coraz bliżej. Serce podskoczyło jej do gardła, to
on. Widziała brązową rozmazaną plamkę, która z każdą chwilą powiększała się i
nabierała pomalutku kształtów. Zamknęła oczy. Raz, dwa, trzy… Czterdzieści
pięć…
- Adela! – poczuła jego wargi na policzku. Czterdzieści siedem. Poczuła, że się
uśmiecha i otwarła oczy.
- No w końcu -
popatrzyła na niego. Mogła to robić całe życie, badać każdy element, wyłapywać
najmniejsze szczegóły, skanować wszystko w pamięci i zapisywać – na samotne
wieczory. Uwielbiała tonąć w niebieskich oczach i zatapiać dłonie w jego brązowych
włosach.
- Przepraszam, starałem się być jak najszybciej. To dla
Ciebie – wyciągnął zza pleców małą, czerwoną różyczkę. Dziewczyna przyjęła
prezent, jej uśmiech jeszcze się poszerzył. Jej szczęście powiększyło się
stukrotnie.
-